Zazwyczaj najbardziej cenimy sobie rzeczy, których zdobycie kosztowało nas dużo trudu, albo na które długo czekaliśmy. Wygląda na to, że opisywana dzisiaj sukienka stanie się moją ulubioną, bo zanim ją założę minie dużo czasu. Powód jest prozaiczny: rzecz to cienka, zwiewna, typowo letnia. A tymczasem październikowe śniegi i zimne wiatry zdołały do cna zmrozić wszelkie myśli o najlepszej z pór roku.
Tak więc sukienka jakieś osiem miesięcy spędzi w mojej przepastnej szafie. Dziewięć, jeśli liczyć od momentu kupna – nastąpiło to na początku października. Wybrałam się wtedy do Siedlec i wstąpiłam do jednego z ulubionych moich ciuchlandów. Od razu rzuciło mi się w oczy coś koloru kawy z mlekiem. Coś okazało się ładną sukienką, idealnie w moim rozmiarze.
Na sieciówkach się nie znam, ale nazwa Miss Selfridge, która widnieje na metce, kilka razy obiła mi się o uszy. Nie znam polityki cenowej owej firmy, więc nie będę spekulować, ile mogła za sukienkę zapłacić pierwsza właścicielka. Mnie kosztowała dwa złote.
Pozostaje czekać do wakacji. Jak na ironię, playlista zdecydowanie wakacyjna nie jest – My Dying Bride “Snow in my hands”. Hm.


